CO WARTO ZOBACZYĆ W PIREUSIE?

Będąc w Atenach nie mogliśmy odmówić sobie wizyty nad morzem, od którego dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów. Pewnie w okresie letnim wybralibyśmy się na plażę, a nie do portu, ale stawiając na Pireus podjęliśmy bardzo dobrą decyzję. Spędziliśmy ten marcowy dzień w nadmorskiej miejscowości, która jest idealnym wytchnieniem od miejskiego zgiełku Aten. Już po kilkunastu minutach jazdy metrem byliśmy w zupełnie innym klimacie 🙂

Pireus znajduje się jedynie 8 km od Aten i można bardzo łatwo do niego dojechać zieloną linią metra (więcej informacji w poście JAK DOJECHAĆ I PORUSZAĆ SIĘ PO STOLICY GRECJI). Wysiadamy z metra na ostatnim przystanku „Pireus” i jesteśmy przy głównym porcie, który jest potężny (to trzeci co do wielkości port Morza Śródziemnego)! Możemy wybrać się na zwiedzanie portu kontenerowego, wejście jest otwarte dla wszystkich. Jednakże uważam, że nie ma tam nic ciekawego, chyba że ktoś jest wielbicielem wielkich kontenerowców 😉 Dalej mijamy port pasażerski, z którego można popłynąć na niejedną grecką wyspę (i nie tylko), ale tam również nie ma co zwiedzać, dlatego polecam od razu spacer do ładniejszej części miasta, a mianowicie do Marina Zea.

W Marina Zea zwanej również Pasalimani, znaleźliśmy to czego szukaliśmy – piękny port jachtowy. To miejsce sprawia, że od razu czujemy się jak na wakacjach, a przecież jest 1 marca! 🙂 Pogoda jest idealna, żeby ściągnąć przejściówki i łapać pierwsze wiosenne promienie słońca!

Idziemy dalej, deptakiem wzdłuż morza i dochodzimy do interesującej stalowej konstrukcji w kształcie łuku. Z bliska widać, że w środku umieszczone są różne rzeźby m.in. ptaka czy maszyn. Nie widzieliśmy żadnych tabliczek i jak później przeczytaliśmy to pomnik ludobójstwa popełnionego przez rząd turecki, w którym zginęło 353 000 greków.

Zmierzamy dalej nadmorskim chodnikiem. Mijamy basen i boiska przy samej plaży – „fajnie tu mają” stwierdzamy jednomyślnie 😀

Dochodzimy wreszcie do zatoki Mikrolimano, w której planowaliśmy zatrzymać się na obiad. Ta zatoka jest jeszcze ładniejsza od mariny! Niewielka i klimatyczna, ale pełna restauracji. Na wodzie stoją żaglówki, a czas jakby się zatrzymał w miejscu. Planowaliśmy zjeść rybkę, ale byliśmy trochę zmęczeni chodzeniem, dlatego wybraliśmy szybszą opcję konsumpcji – krewetki i anchois. Nie jestem w stanie podać jaka to była restauracja, ponieważ zatoka Makrolimano jest cała wypełniona przybrzeżnymi knajpkami i nie wszystkie są zaznaczone na mapach Google. Zazwyczaj mamy zapisane miejsca, w których chcemy zjeść, ale tam plan zakładał spontaniczny wybór. Warunek był jeden: ma nam się podobać 🙂 I tak weszliśmy do miejsca, którego nazwy nie byłam w stanie przeczytać, a co dopiero zapamiętać. Najważniejsze, że siedzieliśmy przy samej zatoce, od wody dzieliła nas tylko szyba. Jedliśmy świeże owoce morza w pięknym otoczeniu, z widokiem na żaglówki, łódeczki i nawet przez chwilę kajaki. Przy pięknej pogodzie, dosyć zmęczeni, ale jakże szczęśliwi! Niestety tak klimatyczne miejsce ma swoją cenę i był to nasz najdroższy obiad podczas całego wyjazdu (24,10 euro za wszystko). Biorąc pod uwagę, że porcje były bardziej na spróbowanie niż najedzenie się, trochę przepłaciliśmy, ale i tak warto było spędzić choć godzinkę w tym uroczym miejscu!

Udajemy się z powrotem do metra, ale na bliższy przystanek – Faliro. Po drodze jeszcze mijamy kolejną malutką zatoczkę i odchodzący od niej kanał. Tak żegnamy się z Pireusem. Warto było przyjechać tu chociaż na pół dnia, by poczuć prawdziwą nadmorską atmosferę!

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *